poniedziałek, 16 października 2017

„Raze” - autorstwa Tillie Cole.




Dzisiaj czas wam przedstawić książkę „Raze” - autorstwa Tillie Cole, którą miałam możliwość przeczytać dzięki akcji Book Tour.

„Raze” na pewno nie jest książką dla osób o słabych nerwach i nienawidzących krwi w każdej postaci. Nie znajdziemy w tej powieści przyjemnego romansu z kwiatami czy romantyzmem w pełnej okazałości. Nie. Zamiast tego znajdziemy wiele krwi, brutalności, walk, chęć zemsty, okrucieństwa, jak i okrutną i mrożącą krew w żyłach śmierć i oczywiście w tym wszystkim nie zabraknie tajemniczości.  To wszystko razem wzięte powoduje mieszankę wybuchową. Dzięki czemu książkę czyta się naprawdę bardzo przyjemnie i szybko. Wiadomo w niektórych momentach ciarki przechodzą po plecach, jednak to tylko zachęca nas do czytania.

Książka potrafi zawładnąć czytelnikiem do samego końca. Jedynym jak dla mnie minusem tej powieści jest fakt, że wiemy zaraz na samym początku, kim tak naprawdę jest główny bohater. Do tego powieść jest dość przewidywalna i można się domyśleć jak mniej więcej potoczą się losy Kisy i Raze. W książce też znajdzie się kilka momentów, w których autorka mogłaby akcję trochę lepiej rozwinąć.

Mimo tego swojego wielkiego minusa, książka nie pozwala od siebie odejść choćby na moment.  Dlatego też skończyłam ją czytać dość późno, na pewno było już po północy. I zaraz z zamknięciem książki dostała mini kaca książkowego, przez co nie mogłam zmrużyć oka i przekręcałam się z boku na bok rozmyślają o tym, co się wydarzyło.

Raze jest wojownikiem z krwi i kości, żeby przeżyć musiał zacząć zabijać w klatkach. Jednak tylko chęć zemsty na tyk, który zgotował mu ten los trzymała go przy życiu. Zemsta była jego celem przez dwadzieścia lat pobytu w piekle. Tyle czasu wystarczyło, aby zapomniał jak ma na imię i kim tak naprawdę jest.

„Raze. To jedyne imię, jakim kiedykolwiek mnie nazywano, ponieważ unicestwiłem każdego sukinsny, który stanął mi na drodze.”

Kisa jest nieszczęśliwa i cierpi z wielu powodów. Jednym z nich jest utrata bliskich jej osób oraz utrata swojej wielkiej miłości. Jednak cierpi też przez swojego narzeczonego, który jest potworem.

Ciężko jest pojąć i wyobrazić, że człowiek przez swoje życie może kierować się tylko chęciom zemsty za to, czego już tak naprawdę dobrze nie pamięta, jednak wie, że jest to słuszne. Trzeba też pamiętać, że dobro powraca ze zdwojoną siłą, a zło nie.
Niekiedy trzeba wiele poświęcić, stracić, aby później wszystko było takie, jakie powinno być.  Wtedy dopiero dowiadujemy się ile straciliśmy i potrafimy to docenić.

Jest to książka, która bez dwóch zdań zapiera dech w piersi. Do tego trzeba dodać emocjonalną huśtawkę uczuć, która nas tak szybko nie opuści.  Teraz czas na najważniejsze. Całą książkę można opisać jednym bardzo pięknym cytatem.

„Byli sobie przeznaczeni, chłopak i dziewczyna, dwa rozdzielone serca. Bóg pragnął zbadać, czy prawdziwa miłość przetrwa. Chciał się dowiedzieć, czy wbrew przeciwnościom losu dwie połówki rozdzielonej duszy się odnajdą. Miną lata, oboje będą cierpieć. Oboje będą smutni, jednak pewnego dnia, kiedy najmniej będą się tego spodziewać, ich ścieżki ponownie się skrzyżują. Pozostaje pytanie: czy te dusze się rozpoznają? Czy odnajdą drogę wiodącą z powrotem do miłości…?”

Książkę oceniam na 9/10

niedziela, 15 października 2017

„Wojownicy. Czarna godzina” – Erin Hunter



Po raz szósty dane mi było zagościć w niesamowitym świecie Wojowniczych kotów. Ta seria jest jedną z najlepszych, jakie przeczytałam do tej pory. Z tomu na tom historia nabiera tempa i poznajemy nowe niesamowite perypetie Wojowników, od których ciężko oderwać się choćby na chwilę. W poprzednich częściach tak i w tej nie zabraknie nowych i niesamowitych przygód oraz wciągającej akcji. "Czarna godzina" jest najlepszą i najbardziej trzymająca w napięciu częścią Wojowników!
Cały cykl jest po prostu fantastyczny i co najważniejsze kierowany do wszystkich nie zależnie od wieku.
„Wojownicy. Czarna godzina” to idealne zakończenie cyklu o Wojowniczych kotach. Po skończeniu tej książki czułam wielki niedosyt i niecierpliwie czekam na kolejny cykl. Mam nadzieję, że ukaże się on w 2018 roku.

Poprzednie części jak i ta poświęcone są Ognistemu sercu. Był on, bowiem kiedyś zwykłym domowym kotem wiodącym spokojne życie w dostatku. Jednak wolał być wolny i gdy nadarzyła się okazja związał swoje dalsze życie z wolnością i szlachetnym Klanem Pioruna.
Wszystkie części Wojowników twą fenomenalną opowieść, od której nie można odejść.

„Czarna godzina” wciąga czytelnika od samego początku i trzyma w niepewności do samego końca. Do tego czyta się ją naprawdę bardzo szybko i przyjemnie. W książce na pewno nie zabraknie nam szybkiego tempa akcji.  Czytając nie ma możliwości abyśmy mieli czas na nudę. Wszystko jest idealnie rozmieszczone w czasie.
 
Z czystym sumieniem mogę polecić tą książkę jak i całą serię każdemu nie zależnie od wieku, a przede wszystkim osobą, które kochają koty.
Gwarantuję wam wszystkim, że będziecie się dobrze bawić podczas czytania i nie będziecie wiedzieli, kiedy skończyliście czytać i będzie wam mało.
Wojownicze Koty za zawładnięcie mym życiem dostają 10/10

poniedziałek, 9 października 2017

"Dance sing love. Miłosny układ" - Layla Wheldon



„Podobno doceniamy coś, dopiero jak to stracimy. Tak samo jest z ludźmi. Rozumiemy, jak bardzo są dla nas ważni, gdy musimy pozwolić im odejść.”


Miłosny układ to pierwsza część serii Dance, Sing, Love, a kolejne dwa tomy mają pokazać się już w 2018 roku. Książka ta odniosła wielki sukces na wattpadzie, gdzie była publikowana przed wydaniem (ponad 2,5 miliona wyświetleń) i w ekstremalnie szybkim tempie trafiła do listy TOP sprzedaży w empiku.
Livia jest utalentowaną, pełną charyzmy i energii dziewczyną, która dla osiągnięcia swoich marzeń zrobi wszystko. Taniec jest nieodłączną i najważniejszą częścią jej życia i darzyła go pewnego rodzaju miłością.
Jednak to się zmienia, gdy na jej drodze pojawia się James.

Jest on piosenkarzem, który uważa się za lepszego od innych. Jak dla mnie jest on typowym chamem oraz dupkiem, jakiego dane mi było w tej książce poznać.  Bohaterowie spotykają się podczas wspólnego tourné starają się omijać tak często jak tylko się da.

Sięgając po tą książkę zastanawiałam się czy będzie to typowy romans z powtarzającym się schematem i takim samym, przewidywalnym zakończeniem. Ta opowieść jednak okazała się fajnym romansem z domieszką tańca oraz śpiewu. Początkowa schematyczność z biegiem upływu stron zaczyna zanikać, a my możemy zacząć cieszyć się książką.
Zachowanie bohaterów niekiedy mnie mocno irytowało. James od samego początku był dupkiem i po nim takiego irytującego zachowania się spodziewałam. Jednak byłam zaskoczona, gdy w pewnym momencie Livia bardziej mnie irytowała niż nasz piosenkarz z wybujałym ego. Czytając miałam wrażenie, że ta dwójka zaczęła zamieniać się po części charakterem.  James zawsze był sobą i był dość opryskliwy i nie miły, jednak największą przemianę widziałam w naszej tancerce. Jednak te ich charaktery są idealne do zaistniałych sytuacji, które mają miejsce. Wszystko do siebie dobrze pasuje i widać, że jest przemyślane.

Autorka bardzo miło mnie zaskoczyła rozwojem akcji w książce. Co najważniejsze powieść nie jest niczym przepełniona do granic możliwości i wszystko ma swoje miejsce. Nie znajdziemy w tej książce żadnego przepychu i to mnie bardzo cieszy.

Czytając tą książkę trzeba wziąć pod uwagę fakt, że jest to debiut autorki. Trzeba się liczyć z pewnymi niedociągnięciami, lecz jak na pierwszą wydaną książkę jest ona bardzo dobra. Czyta się ją bardzo przyjemnie i lekko. Pomimo dużej ilości stron czyta się ją bardzo szybko, a cała powieść wciąga w wir wydarzeń.

Jestem pewna, że kolejne książki autorki zrobią wokół siebie szum i będą tak samo cudowne jak nie bardziej od tej. Z czystym sumieniem mogę polecić DSL każdemu, kto lubi czytać romanse i chce oderwać się do oklepanego schematu.
Oceniam tą książkę 8,5/10

niedziela, 8 października 2017

Pan Przypadek i trzynastka - Jacek Getner

Dobry wieczór kochani, choć powinnam powiedzieć noc (wchodzi mi to w nawyk O_O ) :D Dziś mam dla was recenzję kolejnej książki, którą dostałam na Blog Book Meeting #1, a mianowicie Pan Przypadek i Trzynastka. Dziękuję serdecznie autorowi za przekazanie książki na akcję, dzięki czemu miałam możliwość zapoznać się z tą pozycją J

Jest to pierwszy tom serii o przygodach naszego rodzimego Scherlocka Holmesa. Jakiś czas temu uraczyłam was recenzją drugiego tomu Pan Przypadek i celebryci, po którym zakochałam się w naszym poczciwym detektywie, który podczas rozmowy ze swoimi „ofiarami” zawsze zostaną uraczone porcją ironii i sarkazmu pod przykrywką dobrotliwego uśmiechu i zainteresowania.

„Ludzie są banalnie przewidywalni”

W Trzynastce dowiadujemy się jak Przypadek został detektywem, a podkomisarz Łoś obrał sobie za cel święty zatrzymanie Jacka za nim kolejne ważne i sławne osobistości Warszawy znów trafią na pierwsze strony gazet niekoniecznie z dobrą reklamą ;) Tylko strasznie mi szkoda biednego starszego aspiranta Smańki, który musi znosić coraz to dziwniejsze polecenia przełożonego.

„- Ty ciągle myślisz o tym detektywie?
- Jakim detektywie? – Łoś zerwał się na równe nogi. – To zwykły amator! On tylko wysunął hipotezę! Jakbym ja jej nie sprawdził, to nic by z tego rozwiązania nie było. A po za tym ja mu je podpowiedziałem.”

W pierwszym tomie nasz geniusz logicznego myślenia musi rozwikłać trzy zadania. Pierwsza, od której to wszystko się zaczęło ma związek ze skradzionymi obrazami sąsiadki pani Irminy Bamber, która ma kontakty w calusieńkiej Warszawie. Od dnia, w którym zadeklarował rozwiązać zagadkę zdobywa coraz to nowszych wrogów, którzy widzą w Przypadku zagrożenie dla ich wizerunku, jaki pieniędzy.

Po spektakularnym sukcesie Jacek szybko dostaje kolejne zlecenie. Tym razem musi odnaleźć zaginiony skarb w starym pięknym domu zanim właściciel zrobi z niego ruinę.

„O ile jeszcze kilka dni temu przez posesję przy ulicy Podgórskiej 13 przechodziło niewielkie śródmiejskie tornado, to tym razem musiał odwiedzić ją tajfun. I to jeden z najgorszych, o jakim słyszała ludzkość. Nawet Salvador Dali w szale twórczym nie byłby w stanie tak zdekomponować elementów trwałego i czasowego wyposażenia.”

W trzeciej historii do naszego superagenta zgłasza się młody mężczyzna, który prosi o pomoc w udowodnieniu kradzieży scenariusza sztuki przez słynnego scenarzystę, który sam o sobie mówi, że ludzie porównują go do Sławka Mrożka, (w co wierzy chyba tylko on J).

Książkę czyta się bardzo szybko, co jest zasługą wyśmienitej dawki humoru. Każda sprawa jest osobną historią, mimo to wszystko łączy się w fabularną całość. Jednakże nic nie stoi na przeszkodzie, abyśmy naszą przygodę z Przypadkiem zaczynali od środka, ponieważ książki da się czytać osobno ;)

Jacka polubiłam już od pierwszych stron, jednakże moimi ulubionymi postaciami (na razie;) ) są polscy stróże prawa – Łoś i Smańko. Są doskonale wykreowani, czym zdobyli moją sympatię, a ich dialogi są majstersztykiem komediowym :D Na pochwałę również zasługuje Pani Łososiowa, która jest autorytetem domowym i której gratuluję cierpliwości do swojego męża, który jest aż nazbyt zaangażowany w życie Przypadka.

„- Też się masz, czym przejmować. Cywila wyprowadź – warknęła groźnie i wyszła z pokoju, nie czekając na odpowiedź męża. Zresztą do niczego nie była jej potrzebna. Polecenia, które wydawała, nie podlegały nigdy żadnej dyskusji. Przynajmniej nie w tej, którą prowadzi się na głos.
- Nawet w domu człowieka nie uszanują – zamruczał pod nosem Łoś, ale posłusznie ruszył do wyjścia.”

Zaś moją ulubioną sceną jest balet synchroniczny mecenasów Sakowiczów przy kserokopiarkach i z kubkiem kawy w rękach J

Miła rozmowa z panią Irminą przy herbacie i jej smakowitych wypiekach pozwalała Jackowi na zebranie myśli i rozwiązanie zagadki. Łoś też w jakiś sposób mu pomagał, jednak, w jaki wie tylko Przypadek :D

Ogólnie książka mi się bardzo podobała i z przyjemnością sięgam po kolejne tomy historii o detektywie z przypadku ;) Wad się nie doszukałam poza zbyt małą ilością stron :D

Moja ocena: bezsprzeczne 9,5/10


czwartek, 28 września 2017

Papierowy Księżyc - Anna Crevan Sznajder

Jakiś czas temu uraczyłam was recenzją „Niczyjej” Anny Crevan Sznajder, po której kac książkowo-animo-mangowy jest ze mną po dziś dzień. Z racji tego sięgnęłam po kolejne dzieło Ani, a mianowicie „Papierowy Księżyc”, który dostałam od autorki podczas wspólnie spędzonego czasu na Warszawskich Targach Książki. Bardzo ci za to dziękuję Aniu 😘

Jest to króciutka historia, która ma zaledwie 80 stron. Opowiada o bólu, niepewności, rozczarowaniu, bezsilności, tragedii, miłości i śmierci. Dużo tego prawda? Mimo to od tego majstersztyku nie można oderwać wzroku.

„Milczę, ale łzy zupełnie niechciane spływają po mojej twarzy. Ma rację i nie ma jej jednocześnie.”

Poznajemy przebłyski wspomnień młodej kobiety, której życie posypało same kłody pod nogi. Wiemy, co czuje i jak próbuje podołać nieuniknionej prawdzie, a wręcz się z nią pogodzić. A jaka jest ta prawda? Mimo młodego wieku jej życie przemija i już niedługo na wieczność pogrąży się w objęciach Morfeusza. Czując nieuchronny koniec postanawia pozostawić coś po sobie miłości swojego życia. Mimo ogromnego bólu postanawia, iż spełni swój ostatni cel. Pomimo tego, że jej się udało wypełnić tą misję, nie mamy przepełnionego tęczą i słodyczą Happy Endu. 

„Jeszcze nie czas, nie czas…
Tylko mam go coraz mniej!”

Książkę czytało mi się niezmiernie szybko, za szybko. Jednakże jest to jedna z tych pozycji, których nie da się odłożyć natychmiast na półkę zaraz po jej przeczytaniu, a zmusza ona nas do wielogodzinnych refleksji, czym jest miłość, żal i jak to oddziałuje na nasz żywot. Zadajemy sobie pytania w stylu: „Na pewno dobrze postępuję?”. Rozmyślamy, czy w przeszłości nie popełniliśmy ogromnego błędu, który teraz waży na naszym szczęściu.

„Czy byłabym w stanie zrobić to raz jeszcze?”

Papierowy Księżyc jest wspaniałym dziełem, które szybko nie zniknie z naszych myśli. Stanowczo odradzam czytać, jako lekturę do poduszki! Ja tak postąpiłam i miałam następnego dnia za sobą nieprzespaną noc! Ciężki klimat, w jakim jest napisana książka pozostaje od początku do końca.

Najbardziej mi się w niej podobało niekonwencjonalne podzielenie tekstu na krótkie urywkowe wspomnienia z różnych perspektyw myślowych naszej bohaterki, jednakże łączą się one w piękną i wzruszającą całość.

Zaskoczę was pewnie informacją, że jest to alternatywne zakończenie „Niczyjej”, (dzięki ci o wielki Kami za to!). Mimo to spokojnie można przeczytać „Księżyc” bez zapoznania się z jej treścią, choć wiele to pomaga i wyjaśnia pewne niuanse. Dodatkową ciekawostką jest to, że w tekście na próżno szukać imienia chłopca, który zawrócił w głowie naszej bohaterce, ponieważ nigdy nie wymieniła go z imienia, ale domyślamy się kto nim może być ;)

Zakończenie, mimo że nic nie ukrywa możemy je zinterpretować na dwa sposoby, a jakie? Tego już wam nie zdradzę :) Musicie sami się w nie zagłębić.

Do niedawna „Papierowy Księżyc” można było zamówić u Ani w ramach akcji: „Kupując tą książkę wspierasz wydanie Niczyjej”. Ale jak już wiemy „Niczyja” zostanie wydana nakładem wydawnictwa Novae Res na początku przyszłego roku :) A Ania zdradziła mi, że na końcu drugiej części: „Tylko twoja” prawdopodobnie ukaże się „Księżyc” w formie dodatku :) Więc i wy będziecie mogli się nim cieszyć w trochę bardziej odległej przyszłości :)

Oceniam tę książkę wysokim 10+/10, ponieważ zmusiła mnie do zadania sobie pytania: „Czy ja naprawdę jestem szczęśliwa?”. Polecam serdecznie wam się z nią zapoznać :)


poniedziałek, 25 września 2017

Alek Rogoziński - Do trzech razy śmierć

Hej :) Dziś mam dla was recenzję wspaniałej komedii kryminalnej „Do trzech razy śmierć” Alka Rogozińskiego.  Książkę wraz z autografem nabyłam na Warszawskich Targach Książki, gdzie wystałam się ponad godzinę, ale w żadnym wypadku nie żałuję ;) Do trzech razy śmierć jest pierwszym tomem z cyklu Róża Krull na tropie.

„Kątem oka odnotowała, że do jej głowy zbliża się duży, dziwny przedmiot, a chwilę potem poczuła, jak jej czaszkę przeszywa ostry ból. I wtedy straciła przytomność.”

Historia zaczyna się od zaproszenia na zjazd pisarzy, które otrzymuje główna bohaterka Róża Krull autorka powieści kryminalnych. Spotkanie ma się odbyć w pięknym dworku pod Krakowem, a Róża nie ma wcale ochoty na nie jechać, ponieważ mają na nim być jej koleżanki po piórze, a za większością nie przepada. Niestety jej specjalista od public relations a zarazem jej bliski przyjaciel Pepe nie daje jej wyboru. Róża dobrze czuła, że przyjazd nie jest najlepszym pomysłem, gdyż już pierwszego wieczoru jedna z zaproszonych pisarek zostaje otruta. I to nie w byle, jakim stylu, ale pozostawiona na miejscu zbrodni czarna róża wskazuje, że morderca realizuje fabułę jednej z powieści naszej bohaterki.

Róża postanawia zrobić własne śledztwo w tej sprawie. A pomogą jej w tym Pepe, młody boy hotelowy, który jest oczarowany kryminałami oraz trzy szalone blogerki, które na spotkanie przybyły w roli gości specjalnych. Czy uda im się rozwikłać tajemnicę czy morderca będzie sprytniejszy? A może polska policja poradzi sobie z tym sama? Odpowiedź na te pytania znajdziecie na kartkach powieści, którą przeczytałam jednym tchem.

Mimo, że jest to komedia kryminalna dostarczyła mi dreszczyku emocji, ponieważ na dworze szalała straszna burza a ja byłam sama w domu :D A jak wiecie moja rozwinięta wyobraźnia podpowiadała mi coraz to gorsze scenariusze :D Mimo to przy czytaniu przysłowiowy banan nie schodził mi z twarzy ;)

„Róża posłusznie zaczęła kreślić dedykację. Nigdy nie umiała ich pisać zwięźle i krótko, a do tego każdemu starała się napisać coś innego, co wywoływało czasem niezadowolenie jej fanów, zmuszonych przy różnych okazjach czekać na podpisanie książki w takich kolejkach, jakie ustawiają się z reguły tylko przy okazji promocji masła i cukru w Biedronce.”

Co mnie w tej książce urzekło? Przede wszystkim humor, którego było naprawdę dużo. Niewielkie nawiązania do słynnego detektywa stworzonego przez nieocenioną Agathe Christie były tylko wisienką na szczycie literackiego tortu. Fabuła powieści przypominała mi (i pewnie tylko mi) w kilku miejscach jej powieść, która jest moją ulubioną, a jej recenzja była moją pierwszą na blogu :) Zgadniecie, o którą mi chodzi? :D

Plusami powieści są również przedstawienie świata pisarzy w humorystyczno – karykaturalny sposób, który mi osobiście się spodobał. Bezkonkurencyjne dialogi również zasługują tutaj na pochwałę.

Jedno jest pewne. Książka nie nudzi i nie ma się ochoty jej odłożyć. Kiedy ją skończyłam doznałam zawodu, że to już koniec:( Alek Rogoziński mnie nie zwiódł i jego dzieło nad wyraz mi się spodobało. 

Teraz z niecierpliwością czekam, aż zakupię drugą część przygód Róży – Lusterecko, powiedz przecie, której premiera już w ten weekend!


Książkę bezapelacyjnie polecam i oceniam na mocne 9,5/10 ;)

niedziela, 24 września 2017

„Krzyżowiec” - Grzegorz Wielgus


Czytając książkę „Krzyżowiec” autorstwa Grzegorza Wielgusa czułam się jak na lekcji historii. Autor przenosi nas do roku 1098, kiedy bardzo popularne są wyprawy krzyżowe.

Dla jednych będzie to duży plus, który przeważy po stronie: za, przy wyborze lektury, dla innych niestety może się okazać czynnikiem na minus. Nas osobiście to zaintrygowało.

Razem z Geradiel po przeczytaniu książki starałyśmy się ubrać tą opowieść w jedno słowo. Było nam z tym ciężko, ponieważ mamy odmienne zdania, co do treści tej książki. Stwierdziłyśmy jednak, że jest ona dość specyficzna.

Jak sam tytuł wskazuje, jest to książka o Krzyżowcu. Jest on osobą niemą, jego celem jest dojście do Ziemi Świętej, aby odkupić się z win i oczyścić swoją duszę. Owy Krzyżowiec zginą w bitwie i teraz poszukuje odkupienia.

Tak też już na samym początku książki mamy z koleżanką odmienne zdania na jej temat. Mi osobiście początkowe opisy powrotu do żywych bardzo przypadły do gustu. Coś zaczęło się dziać i to na samym początku książki. Pierwsze myśli po zaczęciu czytania książki były: aaa to coś dla mnie, muszę to przeczytać.

Mi natomiast początek nie przypadł do gustu. Okej, przyznam szczerze, opis książki mnie zaintrygował i podpowiadał, że muszę ją przeczytać.  Niestety pierwsze strony trochę mnie zniechęciły. Jestem osobą o słabych nerwach, a te opisy i moja wybujała wyobraźnia zrobiły swoje. Najgorsze było jak zaczęłam sobie to wszystko wyobrażać. Po trzech stronach miałam już dość, a mój żołądek wywracał się na drugą stronę, podróż w dusznym busie mi w tym nie pomagała.

Tak jak widać początek rządzi się swoimi prawami. Osoby o słabych nerwach nie powinny czytać, jednak jak dla mnie za wiele stracą. Książka rozkręca się coraz bardziej, a nasz bohater zaczyna swoją podróż.

Krzyżowiec wędruje przez Europę i widzi jak wiele ludzi przegrywa walkę z epidemią, jaką jest dżuma. Ludzie cierpią z powodu choroby, a on wędruje dalej. Na swojej drodze spotyka wiele osób. Niektóre są przyjazne a inne wrogo nastawione: zjawy, demony czy też potwory.

I jak tu nie kochać akcji, która toczy się w tej książce. Tym razem obydwie mamy te same zdanie. Autor w końcu (dla mnie przez cały czas) zaczyna wprowadzać bardzo ciekawe momenty i akcje do książki. Książka zaczyna wciągać nas coraz bardziej i bardziej.

Dalsze losy naszego Krzyżowca są bardzo ciekawe i porywają czytelnika, a nawet mnie. Co prawda na początku książki byłam bardzo wrogo nastawiona. Praktycznie ją już skreśliłam. Jednak po wielu namowach dałam książce szansę.
Akcja zaczęła toczyć się w bardzo fajnym rytmie, co spowodowało, że się zaczytałam. I co z tym idzie nie wyspałam się do pracy. Kto normalny czyta książki do drugiej w nocy, gdy do pracy ma na godzinę szóstą rano? Tylko ja.

Kolejnym naszym sporem okazał się język powieści.

Ujęła mnie plastyczna barwa języka, którą autor wprowadził do książki. Dodatkowo posiadam też bardzo dobrze rozwiniętą wyobraźnię i dzięki opisom bardzo łatwo sobie mogłam wyobrazić rozgrywającą się akurat scenę. W książce rządzą opisy i sięgają po tą książkę nie spodziewajcie się jakiejś wielkiej ilości dialogów. Główny bohater to niemowa, więc dialogi występują tutaj bardzo sporadycznie. I pomimo tego nie czułam, żeby książka była trudna w odbiorze.

Za to ja mam inne zdanie na ten temat. Co prawda akcja bardzo mnie wciągnęła i zaspałam do pracy, ale to nie język, a sama akcja była tego powodem. Jeżeli chodzi o odbiór książki to mam mieszane uczucia. Jak dla mnie jest w niej stanowczo za dużo opisów a za mało dialogu. Ileż to można czytać opisy i opisy i opisy. Z jednej strony jest to bardzo przydatne i możemy lepiej poznać świat z książki. Jednak mnie takie coś bardzo męczy.
Trzeba zaznaczyć, że jest to debiut pana Grzegorza i spisał się on na meda, bo aby wpaść na taki pomysł to nie lada gratka ;)

Jak widać nasze zdania bywają podzielone, ale z jednym się zgadzamy. Książka zasługuje na przeczytanie. Wspólnymi siłami oceniamy ją na 7,5/10